Małe i niecałkiem nowe „hobby”.

„Hobby”, którego się nie chce. Na które nie ma się najmniejszej ochoty…

Pielęgnuję to zajęcie prawie codziennie od ponad miesiąca. Jest dopełnieniem całego dnia, kiedy już nie muszę się nikomu pokazywać, nie muszę wychodzić z pokoju. To czas, kiedy mogę zakopać się pod kołdrą albo zawinąć się w koc.

Od września, bo tyle to już chyba trwa, moja samoocena spadła o milion punktów. I zupełnie nie mam pojęcia jak mam ją sobie podnieść. W sumie to mam to trochę w nosie, a nawet trochę bardzo. Wisi mi to, czy pomyślisz sobie o mnie jaka to jestem głupia. Najlepsze są wieczory…

Dlaczego wieczór?

Bo wtedy nie muszę udawać, pokazywać jaka to jestem wesoła. Można nauczyć się uśmiechać i przez cały dzień nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że to jest wymuszane. Wieczór, bo mogę się rozpaść na kawałki i powoli mogę zacząć się składać, a trwa to godzinę, dwie, a czasami trzy. Wieczór, bo wtedy mam w dupie, czy wyglądam jak panda kiedy rozmarze mi się tusz. W końcu i tak mnie nikt nie widzi. Wieczór, bo jest ciemno i cicho.

A co z dniem…?

Nie ma czerwonych, opuchniętych oczu. Niczego nie widać, bo nie chcę żeby to było widać. I chyba mi się to udaje. (Minęłam się z powołaniem, powinnam zostać aktorką.) Nawet jakby się chciało pęknąć, to nie można, no bo jak? Tak wśród ludzi? To nie ma sensu. Chociaż… Zdarzyło się, że zeszliły mi się oczy. Ciii… nikt nie widział, więc się nie liczy. W ciągu dnia jest czas na opróżnienie kosza z nadmiaru chusteczek i zaopatrzenie się w nowe.

Zrzucam ten mój zły humor na jesień, bo na coś trzeba, bo zimno, szaro i nie ma słońca. Skończy się jesień, potem zima i z pojawieniem się wiosny minie. Prawda? To jeszcze pół roku, tylko pół roku.

A jeszcze coś, tak swoją drogą, wieczorem też nie zobaczysz tego jak jest niefajnie. Nie zobaczysz, bo Ci na to nie pozwolę. Tak to jest, że nie potrafię rozmawiać o tym co czuję, co mi nie pasuje…

Załóż maskę, przyklej uśmiech.

-Coś Ci jest?
+Nie.
-Na pewno?
+Tak-powiedziała uśmiechając się od ucha do ucha.

Co ją na początku zdradziło? Oczy? A może ton głosu?

Nie wypada pokazywać jacy jesteśmy słabi, że coś nam nie wychodzi.

Obracamy w żarty to, co to tak naprawdę nas zabolało.

Nie przyznajemy się, że coś nam jest.

Nie pokazujemy, że na czymś nam zależy.

Okłamujemy samych siebie.

Przyklejamy uśmiechy, zakładamy maski wtedy, kiedy tego nie trzeba.
Tak, też tak robię.

Kocham pewnego faceta.

Podobno mając prawie 24 lata to już wypada, bo później nie zdążę. ;)

Wyzywamy się. Szczypiemy. Popychamy. Gryziemy też. Są buziaki i przytulasy. Chodzimy na spacery. Boję się jak sam wchodzi na nasz mini pomost i patrzy na ryby i szuka żab. Zadaje mnóstwo pytań i oczekuje konkretnych odpowiedzi. Grymasi. Biega. Skacze. Strasznie się psoci. Wstydzi się tych, co nie zna. Uwielbia wodę. Nie przepada za truskawkami. Mówi że jest Minionkiem.

Ten facet kończy za chwilę 4 lata i mówi do mnie „ciocia”.

Tak właśnie rób.

„I pisz do mnie o wszystkim. Że kawa jest za gorąca i że lodówka zbyt pusta. Że gdy biegłeś na tramwaj, na Konopnickiej, ochlapał Cię czerwony samochód. Ford chyba. I że na sali ktoś śpi w trzecim rzędzie pod oknem, a wykładowca założył krawat sprzed wojny. Że przerwy zbyt krótkie, a papierosy za drogie. Że dzień zbyt szybko mija i czasu za mało by wszystko opowiedzieć.”

Jak to jest z tymi wycieczkami…

Chyba każdy chociaż raz w życiu był na wycieczce szkolnej. Bliżej albo dalej, jednodniowej albo więcej. No ale był.

Rodzice płacą, żeby dziecko liznęło świata, czasami dla tych młodszych, jedną z atrakcji jest już sama jazda autokarem, bo nigdy nie miało tej przyjemności. Śpiewanie piosenek, oglądanie widoczków z okna, siedzenie z ulubioną koleżanką, licytacja co mamusie włożyły do plecaków, ile jest drobniaków, ile suchego prowiantu mieści się w batonach, chrupkach i żelkach. Taki standard.
Ale jest ta druga strona medalu.

Rodzic płaci, a nauczyciel zwiedza za ich pieniądze.

No to nie jest tak do końca. Koszty podróży może i owszem, ale bilety wstępu w 95% opiekun dostaje w gratisie. W końcu przywiózł ze sobą powiedzmy 40-osobową grupę i więc na typowo wycieczkowych atrakcjach na tych grupach zbijają kasę.
A jedzenie? Jest jak z tymi biletami. Dzieci jedzą, opiekunowie też i nawet mają kawę! Głosi plotka, że wycieczka bez Maka to nie wycieczka. Dzieciaki mają zestawy dziecięce, a opiekunowie? Tam też za free dostają kawę i ciacho.

Proste do zrozumienia, prawda?

A pójdziemy pod most?

Pod ten kolejowy oczywiście.

Spacer pomiędzy polami pszenicy, kukurydzy i śmierdzącego rzepaku. Ściganie się do naszej rzeczki, w sumie to Orla o tej porze roku jest jak większy rów. Rzucanie kamieni do wody, bo kaczek nie umiemy puszczać. Przechodzenie z jednego brzegu na drugi, och wróć, z jednego kraju do drugiego. Dmuchawce. Wchodzenie na tory i oglądanie świata z góry. I najważniejsze z tego wszystkiego, czekanie na pociąg pod mostem!. Mnie przypadło czekanie na niego kawałek dalej, bo jeden mały zawodnik się bał. No trudno, żółty Dolny Śląsk był krótki, ale chociaż ładny. Uciekanie przed jamnikiem z oczyszczalni ścieków. Kury bez piór na szyi.
To prawie jak przygoda życia.

Zabrać Cię ulicą Słoneczną pod nasz most?

Praktyki, praktyki, praktyki.

Po niecałym roku wracam do szkoły, do mojej „Trójki”. Tym razem na praktyki.

Weszłam do sekretariatu i wiecie co, jak zawsze u Pani Dyrektor był ktoś, kto zajmował jej czas. W sumie to nic nowego, zawsze ciężko się było do niej dopchać. Usiadłam, pogadałam, dowiedziałam się co piszczy na korytarzach i w końcu doczekałam się swojej kolejki. Weszła do gabinetu, powiedziałam o co mi chodzi i bez żadnego „ale” załatwiłam sprawę.

Teraz wystarczy wstąpić do biura karier po odpowiednie dokumenty i mogę zaczynać po raz kolejny tę przygodę.

Maju, coś ci chyba nie pykło.

Pierwszy weekend maja to czas na oficjalne otwarcie sezonu grillowego (u panny M. zaczął się już zimą, ale to tak na marginesie). Piątkowe wczesne popołudnie na pewno nie zachęca do tego.

W sumie to nic nowego, że pogoda w majówkę jest do dupy. W zeszłym roku też tak było, albo bardzo podobnie. Pogoda płata figle i nie pozwala rozpalić wytęsknionego grilla i zjeść przydymionej kiełbachy z rusztu, popitej piwem.
Och, jak dobrze że nie mam na to parcia. Pewnie że zjem, w końcu jestem mięsożerna, ale jak jej nie ma, to przeżyję.

W czasie deszczu dzieci się nudzą…?

Niekoniecznie. Jest piątek, więc popołudnie spędzam u babci, jak co tydzień. A tak poza tym to można robić dużo rzeczy: czytać, słuchać, oglądać, a nawet marudzić. Byle nie za dużo tego ostatniego.

Pomimo chmur i deszczu powitaj maj z uśmiechem. ;]

Pytam, bo nie wiem.

Wychodzę z założenia, że skoro się czegoś nie wie, a można o to zapytać kogoś innego niż Google warto to zrobić.

Nie jest alfą i omegą. Nie zjadłam wszystkich rozumów. Zdarza się, że czegoś nie wiem, więc pytam. Szczególnie jeśli to jest coś z kosmosu (oczywiście nie dosłownie), coś czego nie wiem do czego przykleić.

Weźmy na przykład rozmowę. Gadasz sobie o dupie Maryni, słońce świeci, ptaszki śpiewają, obok jakiś dzieciak wrzeszczy, że chce lizaka. Normalka. Wszystko jasne, wszystko rozumiesz, możesz się udzielać. I nagle słyszysz coś, czego nie możesz zajarzyć, zapala się czerwona lampka, włącza się alarm. Co robisz?

1. Uciekasz gdzie pieprz rośnie,
2. Rżniesz głupa, udajesz że nie usłyszałeś i zaczynasz nowy temat,
3. Dzwonisz do przyjaciela/sprawdzasz u pana G,
4. Pytasz co to, do czego służy i z czym to się je.

Poprawna odpowiedź: Pytasz co to, do czego służy i z czym to się je.

Nie ma nic złego w tym, że czegoś nie wiesz. Tłumaczenie może zająć kilka kolejnych minut, więc nie musisz nerwowo patrzeć na zegarek i myśleć o krępującej ciszy (podobno inteligentnym ludziom ona nie przeszkadza). A tak przy okazji, jeśli pytasz to znaczy, że się interesujesz, a nie puszczasz mimo uszu tego, co ktoś do Ciebie mówi.

Pytaj, nikt Cię za to nie zabije.

Trudny wybór imienia.

Trafiłam ostatnio w bardzo dziwne miejsca internetu. Miejsca, w których przyszłe mamy chwaliły się i uzasadniały wybór imienia dla swojego pierworodnego albo kolejnego dziecka.

Padały różne propozycje. Franki i Rozalie, bo „po dziadkach”. Sama mam imię po babci, na szczęście to drugie. Zuzie i Antki, bo tak, bo są fajne. Modne od lat Julki i Kubusie, i te inne, zagraniczne.

Okejka, rodzice zdecydowali się po długich dyskusjach na kilka propozycji, dajmy na to Olek, Piotruś i Wojtuś. Ale… przyszła mama z góry zaznacza, że Olek odpada, bo kuzynka rodzi wcześniej, więc pewnie je im „ukradnie”, bo też im się podoba.

Ten argument przewijał się kilkakrotnie. Jak można ukraść imię? To nie przedmiot. Jak dla mnie jest on beznadziejny, bo chyba nigdzie nie ma napisane, że dzieciom w tej samej rodzinie nie mogą powtarzać się imiona. Ba! w rodzinie, nie daj boże, żeby koleżanka żony brata nazwała swoje tak samo. Trochę to chore, w końcu to jest indywidualna sprawa przyszłych rodziców, jakie imię dadzą dziecku.

Niech sobie ten dzieciak ma na imię tak jak jego kuzyn, przecież to nie zbrodnia, żeby w podobnym wieku bawiły się dwa Olki.

|| specjalnie nie ma tu Brajanków i Kevinów. ;]